Skierowaliśmy się na lotnisko w Katowicach. Czas na ów lotnisku przeleciał szybko, chociaż samolot był opóźniony o około półtorej godziny.
Lotnisko we Frankfurcie jest ogromne. Gdyby porównać je do Katowickiego, musiałbym zestawić Galerię Krakowską z kioskiem Ruchu. Przejście z hali przylotów na halę odlotów zajęło nam jakieś 10 minut. Samolot z Frankfurtu też był opóźniony, na szczęście bez problemów zabrał nas do Barcelony.
Trzeba przyznać, że port nocą z lotu ptaka jest bardzo ładny.
Następnego dnia około ósmej rano zjedliśmy śniadanie zabrane jeszcze z Polski. Na zewnątrz budynku zostaliśmy powitani bardzo serdecznie i niewiele później zaczęły się pierwsze zajęcia szwedzkiego prowadzone po angielsku. Zajęcia trwały do wpół do dwunastej. Czterdziestopięciominutowa przerwa na obiad (w naszym wydaniu była to torebkowa zupa "z Radomia", parówka i chleb) i już gonimy na kontynuację zajęć do drugiej. Później jeszcze szybkie wyjście do pobliskiego sklepu aby zmienić nieco dietę z konserwowo-proszkowej na bardziej wartościową.
Tak oto minęły dwa dni bez Internetu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz